Polska młodzież się czerwieni
Prasa: dzienniki - Przegląd Powszechny Marta Szymczyk / 16 lutego 2012
Protesty i zamieszki w Hiszpanii, Grecji czy Wielkiej Brytanii mają swoje różne preteksty, ale ich wspólnym tłem jest kryzys społeczeństwa, a nie tylko kryzys finansowy oraz tak zwane rynki. Mówimy więc o procesach i o społeczeństwie w czasie przemian. Także w Polsce.

Minister Michał Boni dobrze to rozumie. Dlatego poproszony o podanie trzech książek, które kupi na gwiazdkowy prezent, jako pierwszą wymienia „Mapę i terytorium” Michela Houellebecqa, najnowszą powieść słynnego Francuza, bardzo inspirującą i niepokojącą propozycję dyskusji o zmianach cywilizacyjnych we współczesnym świecie – tłumaczy swój wybór w grudniowym numerze magazynu „Książki”.

Premier Donald Tusk zauważa zmiany cywilizacyjne w exposé 18 listopada i odnosi się do nich z rezerwą: Zdaję sobie sprawę, że w ostatnich latach – co było widać wyraźnie w tej kampanii wyborczej – oprócz wielkich wyzwań finansowych, gospodarczych pojawiły się także nowe wyzwania o charakterze cywilizacyjnym, obyczajowym, kulturowym. Trzeba rozumieć te zmiany, ale nasza koalicja, polski rząd, instytucje życia publicznego, państwo polskie nie są od tego, aby przeprowadzać obyczajową rewolucję. Państwo polskie jest od tego, aby zapewnić Polakom bezpieczne, możliwie dostatnie życie w tych trudnych czasach.

Fakt, zmiany kulturowe zachodzą niezależnie od działań rządu. Zmiany te ujawniają się w Polsce przy okazji kilku nieoczekiwanych i symbolicznych wydarzeń oraz w związku z nieoczekiwanymi wynikami wyborów. Chodzi głównie o reakcję młodych na spór o krzyż przed Pałacem Prezydenckim wiosną i latem 2010 roku; wybory prezydenckie, też w 2010 roku, kiedy niezły trzeci wynik uzyskuje lider Sojuszu Lewicy Demokratycznej Grzegorz Napieralski; europejskie protesty Ruchu Oburzonych od maja 2011 roku z ich polskim odpryskiem; oraz ostatnie wybory parlamentarne i wejście do Sejmu Ruchu Palikota jako trzeciej siły politycznej.

Obserwujemy odwracanie się młodych od Kościoła i ich zwrot w stronę lewicy. Nie wszystkich młodych, ale przecież znaczącej części. Międzynarodowe tło zachodzących zjawisk tworzą kryzysy – gospodarczy i polityczny – oraz debata o wartościach, która tym kryzysom towarzyszy, chociaż jej źródła widoczne są w kulturze znacznie wcześniej. Mówimy więc o procesach i o społeczeństwie w czasie przemian. Jakiego rodzaju sofa definiuje mnie jako osobę?

Kultura przygotowuje nas do tego od dawna. Dwanaście lat temu, w lutym 2000 roku, polskie kina zaczynają pokazywać kultowy dla dzisiejszych 25-30-latków „Podziemny krąg” („Fight Club”) Davida Finchera. W tym filmie trzydziestoparoletni mężczyźni, na co dzień pracownicy korporacji, spotykają się na nielegalnych walkach. Biją się i czują, że ich życie odzyskuje sens, którego nie zapewniają uzależnienie od katalogu Ikea i przemyślenia typu: Jakiego rodzaju sofa definiuje mnie jako osobę? W codziennym świecie podporządkowali się logice posiadania, przedmiotom i markom. Muszą to odreagować. Dialog z „Podziemnego kręgu” (grają Brad Pitt i Edward Norton): - Kim w takim razie jesteśmy?

- Bo ja wiem, konsumentami? Tak. Jesteśmy konsumentami. - Jesteśmy ubocznym produktem obsesji stylu życia. Morderstwa, przestępczość, ubóstwo – to mnie nie obchodzi. To, co mnie obchodzi, to plotkarskie czasopisma, telewizor z pięciuset kanałami, nazwisko jakiegoś faceta na mojej bieliźnie. Rogaine. Viagra. Olestra. - Marta Stewart. - Pieprzyć Martę Stewart. Ona poleruje okucia na Tytaniku. Wszystko tonie. Ich „Podziemny krąg”, mimo że jest tajny, szybko rozwija się w całym kraju. Organizator wymyśla „Projekt Zadymę” („Project Mayhem”), który początkowo polega na niszczeniu mienia, a kończy się wysadzaniem biurowców. Bohater wypowiada wojnę bezmyślnemu konsumpcyjnemu społeczeństwu i systemowi bankowemu. W ostatnich minutach filmu (bez obaw: nie zdradzam prawie niczego) patrzy na eksplodujące budynki firm obsługujących karty kredytowe. Skasować się miały zapisy wierzytelności, tak żeby wszyscy mieli czyste konta. Padają słowa: – Z tych okien obejrzymy koniec historii finansów. Krok bliżej do równowagi ekonomicznej.

Obecnie strona „Fight Clubu” ma na Facebooku ponad siedem i pół miliona fanów. Tekst na jej zdjęciu profilowym mówi: To, kim jesteś, nie zależy od tego, ile „lajków” zdobędziesz (to znaczy: ile osób polubi twój profil na Facebooku). Przesłanie filmu pozostaje aktualne. Taki klasyczny scenariusz Dawka krytyki współczesnego stylu życia pochodzi także z literatury. Mniej więcej w okresie, kiedy Fincher kręci „Fight Club”, Michel Houellebecq pisze „Cząstki elementarne” i „Platformę”, książki, które ukazują się w Polsce w roku 2004 (W.A.B., Warszawa). Laureat Nagrody Goncourtów 2010 (za „Mapę i terytorium”, polskie wydanie W.A.B., Warszawa 2011) portretuje człowieka Zachodu: zdegenerowanego materializmem i współzawodnictwem, zagrożonego terroryzmem, niezdolnego do szczęścia i spełnionej miłości; jego bohaterowie nie umieją kochać i być szczęśliwymi. Ostatnią formą wierności, której doświadczają, są oferty handlowe w skrzynce na listy. W opisanym przez Houellebecqa społeczeństwie marketingowcy wyznaczają pory roku: Sezon letni zdecydowanie posuwał się do przodu, strategie handlowe zmierzały ku jesieni; jednak niebo wciąż było wspaniałe, to przecież dopiero początek lipca.

Jeden z bohaterów „Cząstek”, kiedy był nastolatkiem, wierzył, że cierpienie dodaje człowiekowi godności. Teraz musiał przyznać: pomylił się. Godności człowiekowi dodaje telewizja. Inny mówi o sobie: Jestem zupełnie bezużyteczny. Nie rozumie, jak powstają przedmioty, którymi się otacza – od sztućców po telefon komórkowy. Nie wie, jak produkowane są parówki. Poza zastanym kontekstem ekonomiczno-przemysłowym nie umiałby znaleźć pożywienia, ubrać się, schronić. Przyznaje: Jestem całkowicie zależny od otaczającej mnie społeczności, będąc właściwie jej zbędny. Zmiany społeczne Houellebecq komentuje na przykładzie Irlandii, który dziś może bardziej przemawia do wyobraźni Polaków niż kiedykolwiek wcześniej (mieliśmy przecież kopiować jej cud gospodarczy, stać się „drugą Irlandią”, która tymczasem dotkliwie odczuła skutki światowego gospodarczego kryzysu). Pisze kilkanaście lat temu Houellebecq: Irlandia robi się nowoczesnym krajem. Powstały tutaj filie wielu przedsiębiorstw o wysokiej technologii, z powodu niskich składek na ubezpieczenia społeczne i niskich podatków; (…) cała młodzież w tym kraju marzy o pracy w Microsofcie. Ludzie rzadziej chodzą do kościoła, swoboda seksualna jest dużo większa niż jeszcze kilka lat temu, otwiera się coraz więcej dyskotek, lekarze zapisują coraz więcej środków antydepresyjnych. Taki klasyczny scenariusz…

…czyli: deregulacja i nieskrępowany rozwój wolnego rynku, który potem obróci się przeciwko własnemu sensowi i będziemy mieli światowy kryzys; porzucanie tradycyjnych wartości, sekularyzacja – wolność i poczucie pustki.

Nie możemy tak dłużej żyć
Do tego pojawiają się publikacje o powiększającym się rozwarstwieniu społecznym, także w rozwiniętych społeczeństwach Zachodu; padają poważne argumenty za tym, że wzrost gospodarczy nie jest – albo nie powinien być – najważniejszym celem działalności państwa. Przez trzydzieści lat z dążenia do dobrobytu uczyniliśmy cnotę, a dziś nasze kolektywne poczucie celu sprowadza się właściwie tylko do niego – napisał Tony Judt w swojej ostatniej książce „Źle ma się kraj” (Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2011). Tłumaczył: Materializm i egoizm współczesnego życia nie są odzwierciedleniem wrodzonych cech ludzkich. Znaczna część tego, co dziś uchodzi za „naturalne”, wywodzi się z lat 80. ubiegłego wieku: obsesja na punkcie gromadzenia, kult prywatyzacji i sektora prywatnego, powiększający się rozziew między zamożnymi a biednymi. Przede wszystkim jednak retoryka towarzysząca tym zjawiskom: bezkrytyczny podziw dla niczym nieskrępowanego rynku, pogarda dla sektora publicznego, złudzenie niekończącego się wzrostu. Nie możemy tak dłużej żyć.

Na książkę Richarda Wilkinsona i Kate Pickett o wiele mówiącym tytule „Duch równości. Tam gdzie panuje równość wszystkim żyje się lepiej” (Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2011) potrafią się nawet powoływać politycy. Jeśli Wojciech Olejniczak z SLD mówi o niej publicznie, to znaczy, że sam uważa ją za ważną w dzisiejszej debacie, a także przeczuwa, że może być ona ważna dla tych, którzy go słuchają. Wilkinson i Pickett w oparciu o masę badań dowodzą, że za załamania społeczne i gospodarcze odpowiedzialny jest wzrost nierówności.

Poznaliśmy więc krytykę współczesnego stylu życia oraz liberalnej polityki. Do wyjścia młodych na ulice potrzeba było jeszcze jednego: szklanych sufitów w szklanych domach, gdzie pracują – albo gdzie chcieliby pracować. Kiedy bezrobocie, zanik formy stałego zatrudnienia oraz niemożliwość zaspokojenia własnych aspiracji stały się doświadczeniem pokoleniowym współczesnych młodych Europejczyków, zaczęli się buntować. Oburzajcie się!

15 maja ubiegłego roku przy 40-procentowym bezrobociu wśród młodych protestować zaczynają Hiszpanie. Powstaje Ruch Oburzonych wymierzony przeciw skorumpowanemu establishmentowi i domagający się socjalnego bezpieczeństwa. Na swojego patrona Oburzeni wybierają urodzonego w 1917 roku Stéphane’a Hessela, dyplomatę i weterana francuskiego Ruchu Oporu, który w cieniutkiej książeczce „Czas oburzenia!” wzywa młode pokolenie, by nie było obojętne wobec otaczającej je niesprawiedliwości. Sprzedaje kilka milionów egzemplarzy. Książkę przetłumaczono na trzydzieści języków, w tym polski (Oficyna Naukowa, Warszawa 2011). Starzy politycy doprowadzili bogate społeczeństwa do kryzysu gospodarczego, a politykę wypruli z treści i wartości. Hessel domaga się ich przywrócenia.

Ruch Oburzonych rozlewa się na inne kraje europejskie czy Izrael; jego amerykańską odmianę obserwujemy od września w Nowym Jorku jako ruch Occupy Wall Street.

Nie omija także Polski. U nas przybiera on formę Porozumienia 15 Października, które powstało z inicjatywy kilku młodych ludzi, głównie uczniów Wielokulturowego Liceum Humanistycznego imienia Jacka Kuronia w Warszawie. W nazwie ma datę ubiegłorocznych międzynarodowych demonstracji. Obecnie Porozumienie działa już jako Ruch Oburzonych. Jego uczestnicy na stronie internetowej deklarują: Wymawiamy posłuszeństwo systemowi, w którym sens naszego życia jest sprowadzony do tego, ile zysku można z nas wycisnąć. Jako organizacja siłę mają raczej niewielką, co pokazał niezbyt liczny warszawski marsz 15 października. Ci młodzi ludzie spotykają się z niezrozumieniem i lekceważeniem. Komentarze prasowe mówią, na przykład, że marsz polskich dzieci „oburzonych” to tylko teatrzyk. Prawdziwi oburzeni nawet nie wiedzą, że ktoś protestuje w ich imieniu. Bo przecież to tylko bogate dzieci bawią się w rewolucję. Niechętni obserwatorzy podkreślają, ile kosztuje nauka w szkole, w której uczy się część polskich Oburzonych. Wysoka cena ma jakoby dyskredytować demonstrantów, którzy nie wiedzą, co to krzywda. A pewien krakowski publicysta ocenia w internecie, że mamy do czynienia z problemem uniwersalnym i nieuniknionym; takim oto, że w każdym kraju, niezależnie od uwarunkowań kulturowych i historycznych, pokolenie, które „przyszło na gotowe”, nie ceni osiągnięć pokolenia rodziców, uważając je za rzeczy oczywiste lub wręcz oburzająco marne. Publicysta wyśmiewa demonstrantów za to, że jest ich mało i głoszą głupie hasła.

Rzeczywiście – wolność nie jest dla młodych Polaków światem wywalczonym, ale zastanym. Nie mogą zatem mieć do niego takiego stosunku jak ich rodzice, którzy o wolności marzyli. Nie muszą krytyki tego zastanego świata rozpoczynać uwerturą o zasługach starszego pokolenia. Mogą ten zastany świat po prostu zakwestionować. Tym bardziej, że jest on – nie tylko dla nich – daleki od wymarzonego. Dlaczego – o tym piszą choćby Judt oraz Wilkinson i Pickett.

Nawet jeśli Ruch Oburzonych nie artykułuje jasnego programu albo szafuje czasem głupimi hasłami, ma swoje źródło w zmianach pokoleniowych i zmianach systemu wartości. Te zmiany są najciekawsze. Ci, którzy śmieją się z młodzieży albo mają do niej pretensje, że za mało ceni starszych, mogą przegapić coś ważnego. Tylko prawdziwa lewica Niektóre problemy polskie są podobne do problemów zachodnich społeczeństw. Polska należy do grupy krajów o przewadze tymczasowego zatrudnienia, które obejmuje zwłaszcza ludzi młodych, skazywanych na niebezpieczeństwo nieustannego stażowania – czytamy w rządowym raporcie „Młodzi 2011” przygotowanym w zespole ministra Boniego, zwłaszcza przez socjolog profesor Krystynę Szafraniec. Prawie 60 procent mężczyzn w przedziale wiekowym 18-34 mieszka w Polsce z rodzicami. Te dorosłe roczniki wyżu demograficznego miały dokonać pchnięcia cywilizacyjnego, tymczasem bezskutecznie napierają na rynek pracy, marząc o usamodzielnieniu się i założeniu rodziny. W takiej niestabilnej sytuacji młodzi nie są w stanie racjonalnie planować przyszłości, sprawa aspiracji i pracy jest w zasadzie sprawą ich poczucia tożsamości – kim jestem w społeczeństwie, które mnie nie potrzebuje?

Jednak polskie oburzenie ma też swoje cechy charakterystyczne. Przykład: K., rocznik ‘90, studentka z Warszawy. Aktywnie szuka pracy w wielu miejscach, zatrudnienie udaje jej się znaleźć jedynie w gastronomii. Ostatnio zaczęła więcej czytać Ericha Fromma, „O sztuce miłości”, „Mieć czy być”. Krytykuje układ stosunków społecznych, kapitalizm. Woli „być”. W ostatnich wyborach prezydenckich głosowała na Grzegorza Napieralskiego, w parlamentarnych na Ruch Palikota, bo, jak mówi, to jedyna prawdziwa lewica. Wychowana w rodzinie umiarkowanie katolickiej kwestionuje w ogóle obecność Kościoła w przestrzeni publicznej. Ma dość jego zaangażowania, więc nie interesują ją żadne względy.

Według listopadowego raportu Centrum Badania Opinii Społecznej o wyborcach Ruchu Palikota (opracował Krzysztof Pankowski) grupę tę najbardziej wyróżniają dwie cechy: młody wiek oraz nieuczestniczenie w praktykach religijnych. Janusz Palikot trafnie rozpoznał oczekiwania i potrzeby zwłaszcza młodych wyborców. Więcej niż co piąty wyborca, który nie miał jeszcze 25 lat (21 procent), głosował właśnie na jego Ruch. Tak samo jak ponad jedna czwarta uczniów i studentów (27 procent).

Co wybierali młodzi? CBOS określa Ruch Palikota jako: ugrupowanie „pozasystemowe”, które jeszcze nie rządziło i które jest alternatywą dla obecnego układu sił na scenie politycznej; partię antyklerykalną, która walczy z wpływem Kościoła na przestrzeń publiczną, politykę i obyczajowość; ugrupowanie „nowoczesne”, modernizacyjne (z dokumentem programowym „Nowoczesne Państwo”); ugrupowanie, które broni praw wszelkich mniejszości. K. dodaje, że ważne mogło być porozumienie Palikota z Inicjatywą Wolne Konopie, która postuluje liberalizację prawa narkotykowego; jej działacze startowali w wyborach z list Ruchu Palikota. Ostatecznie partia zyskała poparcie 10,02 procent głosujących, trzeci wynik w kraju i czterdzieści sejmowych mandatów. Kto nie skacze, ten za krzyżem

Antyklerykalizm Palikota ma szczególne znaczenie, bo od niego – w powiązaniu z żałobą po katastrofie lotniczej pod Smoleńskiem – w gruncie rzeczy wszystko się zaczęło. W kwietniu 2010 roku na Facebooku szybko powstają grupy przeciwników pochowania pary prezydenckiej na Wawelu. Grupa „Nie dla pochowania Kaczyńskich na Wawelu”, która po godzinie istnienia liczy ponad siedmiuset członków, niedługo ma ich czterdzieści tysięcy. Pogrzeb wzbudza poważne kontrowersje. Kilka miesięcy po pogrzebie pary prezydenckiej na Wawelu TNS OBOP przeprowadza badanie: 27 procent respondentów uznaje decyzję, by tam pochować Lecha Kaczyńskiego, za słuszną (10 procent udziela odpowiedzi zdecydowanie tak, 17 procent raczej tak). Przeciwnego zdania jest ponad dwa razy więcej osób – 63 procent (raczej nie – 29 procent, zdecydowanie nie – 35 procent badanych). Wyrobionego zdania nie ma 9 procent ankietowanych. W lipcu Palikot w wywiadzie telewizyjnym mówi: Lech Kaczyński ma krew na rękach, trzeba sprawdzić, czy w samolocie, nad Smoleńskiem, nie był po alkoholu. Te słowa jednych więc oburzają, ale wypowiedź trafia na podatny grunt. Na Facebooku popierają Palikota tysiące internautów, polityk odchodzi z Platformy Obywatelskiej, powstaje Ruch Palikota, w którym znaczący udział mają osoby z „Fejsa” (duże znaczenie ma jego oddolny charakter).

W międzyczasie dochodzi do najdziwniejszej chyba i najciekawszej demonstracji w III RP – akcji „Krzyż”. W poniedziałkowy późny wieczór 9 sierpnia 2010 roku kilka tysięcy osób przychodzi na Krakowskie Przedmieście protestować przeciwko obecności drewnianego krzyża – ustawionego przed Pałacem Prezydenckim w dniach żałoby narodowej. Odruchowo skrzykują się na Facebooku, to umawianie się trwa zaledwie kilka godzin. Z dużym prawdopodobieństwem można zakładać, że ten rodzaj antyklerykalnej samoświadomości, dzięki której Ruch Palikota w znacznej części zawdzięcza swój sukces, ukonstytuował się latem 2010 roku na Krakowskim Przedmieściu przed Pałacem Prezydenckim – pisze Krzysztof Pankowski w raporcie CBOS. Tego lata media na co dzień relacjonują spod krzyża skrajne wypowiedzi, które mogą budzić grozę. Ale na miejscu nie ma wiele agresji. Pod krzyżem stoją jego tak zwani obrońcy, zatrzymują się przechodnie, turyści, ktoś rozmawia, ktoś robi zdjęcia, filmuje. Obok, w lokalu Przekąski Zakąski, serwowane są wódka, wino, śledzie. Panuje wakacyjny klimat, ale przy okazji wiele osób się zatrzymuje i rozmawia o tym, co uważa za ważne: o polityce, o stosunkach państwo-Kościół, o symbolach religijnych. Jedni wierzą w spisek, wszechobecność agentów albo w katastrofę smoleńską jako znak od Boga. Drudzy – nie chcą krzyża w przestrzeni publicznej, nie chcą sakralizacji katastrofy albo odreagowują pseudomesjanistyczne wzmożenie polityków i komentatorów prawicy.

Demonstracja 9 sierpnia jest wyjątkowa. Osoby, które biorą w niej udział nie myślą raczej, że przyszły robić rewolucję obyczajową – to w końcu spontanicznie skrzyknięta akcja. Jednak nigdy wcześniej w tym katolickim kraju poczucie mocy tych, dla których wpływ Kościoła na życie społeczne jest nieznośny, nie jest tak duże. Protestujący skandują Kto nie skacze, ten za krzyżem! Brzmi jak bluźnierstwo, jednak ich stosunek do samej wiary trudno ocenić. Choć demonstracja nie ma programu i rozchodzi się o pierwszej w nocy, jej doświadczenie jest elektryzujące. Stare i nowe W zeszłym roku obserwowaliśmy zamieszki w Londynie. W „Gazecie Wyborczej” czytam, że wzięło w nich udział pokolenie, dla którego bezsensowna przemoc i agresja stała się sposobem na udowodnienie własnej wartości. Londyńczycy – jak bohaterzy „Fight Clubu”, którzy oczyszczenia szukają w bijatykach – zarówno bogaci, jak i biedni zbuntowali się przeciwko światu, w którym najważniejszym wyznacznikiem tożsamości są pieniądze. Protesty i zamieszki w Hiszpanii, Grecji czy Wielkiej Brytanii mają swoje różne preteksty, ale ich wspólnym tłem jest kryzys społeczeństwa, a nie tylko kryzys finansowy oraz tak zwane rynki.

A w Polsce? Mówimy czasem „rewolucja”, bo zaskakują nas wydarzenia takie jak akcja „Krzyż”. Okazuje się jednak, że ten odruch – zwłaszcza młodych – kształtuje się od dawna. Teraz się objawił. I może warto, jeśli stawia się szybkie diagnozy, nie przesadzać z krytyką młodych tylko dlatego, że nie potrafimy wytłumaczyć jakiegoś aktu społecznego w ramach „starego dobrego porządku”. Bo może to stary porządek jest przyczyną dolegliwości społecznych?

Nie możemy z całą pewnością powiedzieć, że na świecie rozleje się krytyka kapitalizmu, a w łaskach będą idee sprawiedliwości społecznej. Są równie uprawnione opinie, według których nastroje społeczne przesuną się na prawo, także ku nacjonalizmowi. Widać jednak, że w lewicy tkwi buntowniczy potencjał; wartości lewicowe, takie jak solidarność, nie straciły na aktualności. To dobrze, że energia społeczna kontestacji uchodzi w kanał lewy, a nie kanał prawy – dzięki temu zmusza się do kompromisu liberałów czy kapłanów dawnego porządku, a nie burzy się żywiołów narodowych.

Polska młodzież się czerwieni. Nie wolno tego lekceważyć i nie trzeba się tego bać. Jakub Halcewicz-Pleskaczewski, ur. 1984, redaktor „Przeglądu Powszechnego”, współpracuje z „Gazetą Wyborczą”.

Poznałem kilku faraonów
Karolem Myśliwcem, archeologiem, rozmawia Klaudia Iwanicka – Jak to się stało, że zdecydował się pan na studia archeologiczne? W latach sześćdziesiątych nie był to popularny kierunek. – Wręcz przeciwnie. Wtedy był to popularny, a zarazem elitarny kierunek. Przyjmowano tylko sześciu studentów na rok i nie wszyscy kończyli te studia. Dostać się było bardzo trudno, bo było kilkunastu kandydatów na jedno miejsce. Myślę, że w moim przypadku jednym z ubocznych powodów tego wyboru była chęć spróbowania, czy się uda czy nie. Ja jako typowy skorpion stawiam sobie wyzwania i im trudniejsze wyzwanie, tym bardziej mnie to podnieca. No i zdałem, i zostałem przyjęty. – Ale skąd ten wybór? – Ze swoistego embarras de richesse. W szkole interesowało mnie bardzo dużo rzeczy. Ale oczywiście przeważały zainteresowania humanistyczne. Interesowała mnie historia, pasjonowała geografia, może nawet szczególnie geografia, a także sztuka, języki, kultura, wszystko to, co jest związane z cywilizacją ludzką. Po namyśle doszedłem do wniosku, że tylko archeologia łączy w sobie te wszystkie elementy. – Czy od początku najbardziej fascynował pana starożytny Egipt? – Co prawda początkowo nie miałem jakiejś szczególnej pasji do Egiptu. O wiele bardziej interesowała mnie starożytna Grecja, i już podczas studiów chciałem zbliżyć się w jakiś sposób do Grecji. Ale były to czasy, kiedy państwa komunistyczne były postrzegane przez pryzmat komunistów greckich, którzy u nas zamieszkali. Nawet pojechałem do ambasady Grecji, żeby zdobyć adres jakiejś instytucji naukowej, z którą mógłbym nawiązać kontakt. Odpisano mi po pół roku, że dzisiejsi Grecy nie są zainteresowani starożytnością, wobec czego nikt z tamtejszych studentów nie chce ze mną korespondować. Trochę mnie to zniechęciło. Ale ponieważ w archeologii Egiptu faraońskiego był również bardzo długi okres kultury greckiej, z czego nie wszyscy zdają sobie sprawę, więc mogłem tę moją pasję realizować, zajmując się sztuką egipską. – Grecy jako jedno z wielu państw podbili Egipt. – Wpływy greckie są już wyraźne w Egipcie na długo przed najazdem Aleksandra Wielkiego. Najpierw w okresie tak zwanego Nowego Państwa, czyli w pierwszej połowie drugiego tysiąclecia przed Chrystusem. Był to okres kultury mykeńskiej, z którą Egipt utrzymywał niesłychanie ścisłe kontakty. Ostatnio okazało się nawet, że w północnym Egipcie istniały wielkie ośrodki kultury, gdzie sztuka mykeńska została skopiowana. Później od VI wieku przed naszą erą Egipt pozwolił Grekom stworzyć miasto Naukratis we wschodniej części Delty Nilu, stamtąd kultura archaicznej Grecji rozpływała się na cały Egipt. Czyli już w trakcie tak zwanego najazdu Aleksandra Wielkiego – bo Egipcjanie uważali to za wyzwolenie spod jarzma perskiego –grunt pod penetrację kultury greckiej był bardzo mocno przygotowany. Rodowici Egipcjanie nie mieli nic przeciwko temu, żeby w pewnym momencie rządzili nimi Macedończycy z Aleksandrii, którzy zresztą bardzo respektowali starożytną kulturę egipską. Sami siebie przedstawiali jako faraonów i robili wszystko, żeby nie było konfliktów. Uniknąć konfliktów nie można było, bo ciągle wybuchały między populacją egipską a greckimi władzami, więc niezbędne okazały się koncesje ze strony Ptolemeuszów na rzecz przede wszystkim kapłaństwa bogów egipskich w świątyniach egipskich. Ale mimo to kultura grecka weszła na tamte tereny i bardzo się rozprzestrzeniła, szczególnie wśród Greków mieszkających w Egipcie i wśród zhellenizowanej ludności miejscowej. W okresie ptolemejskim kultura egipska jest już faraońsko-grecka i ta greckość pozostała również w okresie rzymskim, kiedy w dalszym ciągu język grecki funkcjonował jako język urzędowy. Z kolei później nastąpił okres bizantyjski jako kolejna faza rozwoju kultury greckiej. Ponieważ chrześcijaństwo egipskie miało bardzo mocny akcent grecki.
– Czyli bardzo długi był okres wpływów greckich na kulturę Egiptu. – Okres niesłychanych wpływów Grecji w Egipcie trwał ponad tysiąc lat. Ale jeśli chodzi o moje zainteresowania, to z greckiego przeniosłem się na Egipt faraoński – już na etapie pracy magisterskiej, pisanej pod kierunkiem profesora Kazimierza Michałowskiego, który przywiązywał ogromną wagę do tego, żeby nie pisać prac kompilacyjnych, polegających na streszczeniu innych dzieł, ale dawał nam oryginalny materiał niepublikowany, który trzeba było opracować od zera. . Ja wybrałem egipskie modele rzeźbiarskie okresu ptolemejskiego. W ten sposób łączyła się sztuka egipska z grecką. Bardzo mnie to zafascynowało. Później, kiedy w 1969 roku wyjechałem do Egiptu, doszedłem do wniosku, że natrafiłem na złotą żyłę, ponieważ materiał dotyczący portretu królewskiego jest kompletnie nieopracowany. Postanowiłem sprawdzić, czy nie udałoby mi się w odniesieniu do jednego okresu, tak zwanego okresu Nowego Państwa, czyli czasów panowania XVIII, XIX i XX dynastii, wypracować kryteriów do datowania portretu królewskiego, ponieważ na całym świecie jest mnóstwo fragmentów płaskorzeźb przedstawiających faraona, ale nie mających żadnej inskrypcji, która informowałaby o identyfikacji tego przedstawienia. Inskrypcji nie ma po prostu dlatego, że z różnych powodów nie zachowały się.
– Opisał to pan w swoich kolejnych pracach naukowych?
– Napisałem na ten temat pracę doktorską pod tytułem „Portret królewski w płaskorzeźbie Nowego Państwa”. Napisałem ją i opublikowałem w języku francuskim, muszę przyznać, że zrobiła nieprawdopodobną karierę na całym świecie. Została opublikowana w 1976 roku i po tylu latach ciągle jest cytowana. Tak dalece spotkało się to z zainteresowaniem, że zachęcono mnie do napisania kontynuacji. I zdecydowałem się napisać coś podobnego, chociaż trochę innego metodologicznie, dla obejmującego siedemset lat okresu następującego po Nowym Państwie, zwanego Okresem Późnym, to jest od początku pierwszego tysiąclecia przed Chrystusem do początków epoki ptolemejskiej. Jest to okres bardzo ciemny, mało zbadany w archeologii Egiptu, a w odniesieniu do sztuki ogromnie zaniedbany. Tę pracę z kolei napisałem po angielsku i opublikowałem w Niemczech Zachodnich, gdzie wtedy przebywałem jako stypendysta Fundacji Humboldta. Ta praca też się spotkała z bardzo dużym zainteresowaniem. – Czy to była pańska praca habilitacyjna? – Nie, habilitację pisałem z religii starożytnego Egiptu, a tamtą książkę opracowałem wyłącznie w ramach hobby naukowego w odpowiedzi na zainteresowanie, z jakim spotkała się moja praca doktorska. I w ten sposób stałem się egiptologiem. Bo w żadnym przypadku nie mógłbym powiedzieć, tak jak to mówi wielu kolegów o sobie, że „urodziłem się już z marzeniem o byciu egiptologiem i musiałbym popełnić harakiri, gdybym nim nie został”. Nic z tych rzeczy. Doskonale mogę sobie wyobrazić pracę w wielu innych zawodach.
– A mimo wszystko studia te nie gwarantowały znalezienia stałego zatrudnienia.
– Już po drugim roku studiów zorientowałem się, że szanse na znalezienie zatrudnienia są prawie zerowe, a na roku miałem takich kolegów, którzy, tak mi się przynajmniej wydawało, mieli większe ode mnie szanse na pracę, między innymi syn Jana Parandowskiego lub dzieci ambasadorów i tak dalej. Zdałem sobie sprawę, że tutaj nie będzie dla mnie miejsca i że trzeba zająć się czymś innym, co dałoby mi chleb. Zacząłem więc równolegle studiować romanistykę. Chciałem tłumaczyć literaturę francuską. Byłem w połowie studiów romanistycznych, kiedy skończyłem studia archeologiczne i chciałem się już pożegnać z archeologią, kiedy zupełnie niespodziewanie dla mnie profesor Michałowski zaproponował mi roczny staż asystencki na Uniwersytecie Warszawskim. Oczywiście dalej studiowałem romanistykę, bo myślałem, że po tym stażu nic nie nastąpi i że pożegnam się na zawsze z archeologią. Znowu niespodziewanie profesor Michałowski zaproponował mi wyjazd do Egiptu na dziewięciomiesięczne stypendium, tak zwane wymienne stypendium rządu egipskiego. Pracowałem tam na wykopaliskach w Aleksandrii. Po dziewięciu miesiącach profesor Michałowski zaproponował mi przedłużenie tego stypendium na następne dziewięć miesięcy, a potem było ono przedłużane jeszcze dziesięciokrotnie i w ten sposób spędziłem dziesięć lat za granicą.
– Po powrocie nie miał już pan wątpliwości odnośnie do swojej przyszłości zawodowej?
– Kiedy wróciłem do Polski po tych moich wojażach zagranicznych, byłem już docentem i po habilitacji, którą napisałem na temat heliopolitańskiego boga Atuma. Miałem wtedy trzydzieści osiem lat i był najwyższy czas na podjęcie poważnych decyzji życiowych, więc wtedy ostatecznie zrezygnowałem z romanistyki i zatrudniłem się w PAN, na Uniwersytecie Warszawskim, na Uniwersytecie Jagiellońskim, gdzie prowadziłem zajęcia, bardzo często byłem zapraszany do Wiednia, gdzie w sumie spędziłem ponad dwa lata jako wykładowca. I tak się życie potoczyło. Przy minimalnym udziale mojej woli i ogromnym udziale różnych innych czynników, którym się po prostu poddawałem, bo rzeczywiście bardzo mnie to pasjonowało. – Silna pozycja polskiej szkoły archeologicznej, dzięki której polscy archeolodzy mieli dostęp do wykopalisk w Egipcie, jest głównie zasługą profesora Michałowskiego?
– Pozycja, jaką polska szkoła śródziemnomorska – co trzeba podkreślić – wypracowała sobie w okresie komunizmu, jest prawie w stu procentach zasługą profesora Michałowskiego. Miał duży wybór ludzi, ponieważ, jak mówiłem, na studia garnęły się tłumy, niewielu było przyjmowanych. Niemniej przez dziesięć lat po wojnie była taka posucha pod względem kadrowym, że w 1956 roku kiedy profesorowi Michałowskiemu zaproponowano w Egipcie, żeby sobie wybrał, co tylko chce spośród najwspanialszych stanowisk, jakie tylko można sobie wyobrazić, czyli piramidy V dynastii w Abusir, odrzucił te propozycje, ponieważ zdawał sobie sprawę, że polska szkoła archeologii śródziemnomorskiej nie jest do takiego zadania przygotowana. Wybrał bardzo skromnie na terenie Delty Nilu miejscowość o arabskiej nazwie Tell Atrib, starożytne Atrhibis. W rezultacie prowadzonych tam prac wykopaliskowych – najpierw przez niego, później przez doktor Barbarę Ruszczyc, a następnie przeze mnie okazało się, że jest to wspaniałe stanowisko z okresu ptolemejskiego, którego warstwy, o dziwo – co było szokiem dla całego świata naukowego – okazały się niezakłócone. Właśnie tam, w Delcie Nilu, gdzie najpierw wilgoć spowodowała zniszczenia, następnie wojny toczone przez tysiące lat doprowadziły zabytki do całkowitej ruiny. Zwykle tego typu warunki powodowały kompletne zniszczenia. Tam nagle odkryliśmy dla jednego okresu trzystu lat niezakłócone warstwy archeologiczne, z ogromnym materiałem zabytkowym. Okazało się, że są to warsztaty różnych artystów, którzy osiedli tam za czasów Aleksandra Wielkiego i te osady rozwijały się przez następne stulecia, więc produkty ich dzieł znaleźliśmy w kontekście bardzo bogatego materiału datującego, jakim są monety i stemplowane imadła amfor greckich. Wobec tego, że warstwy były niezakłócone i nosiły tak wiele materiałów datujących, mogliśmy wiek różnego rodzaju artefaktów – figurek terakotowych, kamiennych, glinianych, ceramiki – określić z dokładnością do czasu panowania jednego lub dwu władców. Jest to rzecz niebywała, ponieważ zabytki tego okresu przedtem były datowane z dokładnością do około pięciuset lat. Było niezwykłą koincydencją, że właśnie w tym samym czasie, kiedy ukazały się nasze pierwsze publikacje na temat Tell Atrib, została też opublikowana trzytomowa praca wybitnej specjalistki na temat terakot znajdujących się w Luwrze. Kiedy to pisała, nie było jeszcze żadnych obiektywnych kryteriów, na których można by oprzeć datowanie. Wobec czego tylko na podstawie kryteriów stylistycznych zostały wydatowane na okres rzymski ze znakiem zapytania. Po naszych studiach, które oparliśmy na kryterium obiektywnym, czyli niezakłóconej sekwencji stratygraficznej z wieloma zabytkami wewnątrz, okazało się, że ogromna większość pochodzi z okresu ptolemejskiego.
– Czy to był przypadek, że profesor Michałowski wybrał akurat to miejsce?
– Profesor Michałowski zdecydował się na to stanowisko bez wiedzy, jaka to jest żyła złota pod względem naukowym, ponieważ to wszystko, o czym mówię, działo się dopiero po jego śmierci, kiedy wykopaliska zmieniły charakter z normalnych, regularnych na ratunkowe. A stało się tak dlatego, że na tym terenie zaczęto budować miasto, które do dzisiaj się rozbudowuje, i chodziło o to, żeby szybko uratować jak najwięcej z tego, co się jeszcze da. Do tego nas zaprosili Egipcjanie. A kiedy się zorientowali, jaka to jest złota żyła, przedłużano nam terminy na kolejne kampanie wykopaliskowe. Od tego miejsca profesor Michałowski zaczął. Potem, w ramach tak zwanej kampanii nubijskiej pod koniec lat pięćdziesiątych i na początku sześćdziesiątych, kiedy budowano tamę asuańską i przyszłe wody Jeziora Nubijskiego, czyli Jeziora Nassera, miały zalać olbrzymie połacie ziemi położone na południe od Asuanu, to znaczy południowy Egipt i północny Sudan, przeniósł się i jako miejsce wykopalisk wybrał Faras.
– Stamtąd są freski, które znajdują się w zbiorach Muzeum Narodowego w Warszawie.
– Tak, te wczesnochrześcijańskie freski, odkryte w miejscu, gdzie spodziewano się świątyń wyłącznie z okresu faraońskiego, uznano za odkrycie stulecia. Wprawdzie tylko połowa odkrytych fresków znalazła się w Warszawie, ale dzięki temu Polska stała się olbrzymim centrum studiów nad wczesnym chrześcijaństwem.
– Kiedy archeolog prowadzi wykopaliska na terenie Egiptu, nigdy nie wie, z jakiego okresu historycznego mogą tu być znaleziska. Stare Państwo, Nowe Państwo, okres ptolemejski obejmują czasy kilku tysiącleci.
– To jest okres około trzech tysięcy lat i rzeczywiście nigdy nie wiadomo, na co się trafi. Najlepszym przykładem jest właśnie odkrycie przez profesora Michałowskiego świątyni wczesnochrześcijańskiej (najpiękniejszej jak dotąd w Afryce) w miejscu, gdzie się spodziewał zabytków wcześniejszych o ponad dwa tysiące lat – dlatego, że na powierzchni ziemi leżały nie jakieś skorupy z okresu wczesnochrześcijańskiego, tylko bloki inskrybowane imionami faraonów XVIII dynastii. I podobnie jest niemal zawsze. Owszem, kiedy zaczynamy wykopaliska od rekonesansu, gdy patrzymy, jaki jest skład ziemi, jaka ceramika tam leży – bo zawsze jest prawdopodobne, że ceramika reprezentuje to, co jest pod ziemią – to nam daje jakąś wskazówkę. I rzeczywiście często tak się zdarza, że to, co leży na powierzchni, odpowiada temu, co tam później odkrywamy. Ale każdy archeolog zwykle przyjeżdża z jakąś ideą. Szczęśliwy, jeśli się nadmiernie nie przywiązuje do swojej idei, bo jeśli się przywiązuje i chce koniecznie znaleźć tylko to, co sobie założy, może zostać okrutnie ukarany. Jeżeli są jakieś reguły w archeologii, to głównie ta, że ci, którzy zaciekle spodziewają się czegoś konkretnego, dostają dokładnie coś odwrotnego… Zacietrzewienie i zadufanie w swoją wiedzę i wyobraźnię jest bardzo zwodnicze w archeologii. Pod tym względem archeologia uczy pokory.
– Dawniej archeolog określał znalezione obiekty na oko, dzisiaj nowatorskie osiągnięcia techniki wkroczyły też do badań archeologicznych.
- To było na „dobre oko”. Nie każdy potrafił to rozróżnić, ale praktyka to pokazywała. Natomiast prawdziwą rewolucją w archeologii stało się wprowadzenie na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych metod geofizycznych. Ja miałem szczęście, że kiedy zaczynałem wykopaliska, zgłosił się do mnie Tomasz Herbich, który jest znakomitym archeologiem wyspecjalizowanym w geofizyce, i zaproponował mi zrobienie prospekcji geofizycznej w Tell Atrib. Muszę powiedzieć, że chłodno przyjąłem jego propozycję, bo byłem przekonany, że na podstawie tych metod, które ja znam, uda mi się wyodrębnić struktury ceglane (bo to jest najtrudniejsze) od zawilgoconej ziemi. Ale kiedy zrobiliśmy prospekcję geofizyczną, później powtórzyliśmy ją w Sakkarze – to były zresztą początki polskiej geofizyki w Egipcie, która w tej chwili należy tam do czołowych – okazało się że ta metoda niesłychanie pomaga i przyspiesza badania. – Czyli obok polskiej szkoły archeologicznej jest również polska szkoła geofizyczna? – Tomasz Herbich jest teraz dosłownie rozchwytywany przez misje zagraniczne, a jego metody od tamtego czasu też się zmieniły. Technika poszła niesłychanie do przodu. To, co się dzieje teraz w geofizyce, to są cuda. Rozwija się geoarcheologia, również w Polsce. Metody geofizyczne pozwalają dzisiaj prześwietlić wnętrze ziemi na głębokość do dwudziestu metrów i bez użycia łopaty narysować dokładny plan budowli, która znajduje się głęboko pod ziemią.
– Badanie kodu DNA też jest wykorzystywane?
– Oczywiście. Również prześwietlanie mumii, żeby nie niszczyć jej powierzchni, która jest dziełem sztuki… Chcemy śmiało wprowadzić geoarcheologię w naszych najnowszych kampaniach. Jeśli sytuacja polityczna na to pozwoli, wznowimy wykopaliska już w tym roku. Geoarcheologię chcemy zastosować na początku do dwóch bardzo konkretnych celów, ale także chcemy zrobić geofizyczną mapę – opis Sakkary. Gdybyśmy badali na przykład tak zwaną Suchą Fosę – wykute w skale zagłębienie o szerokości około czterdziestu i głębokości około dwudziestu metrów, przy dawnych metodach pracy musielibyśmy przez wiele miesięcy zabezpieczać wykopy specjalnymi ścianami, co byłoby kosztowne i nawet mogłoby narażać życie robotników. Przebadanie tego terenu najpierw metodami geofizycznymi i zrobienie planu umożliwi nam zorientowanie się, gdzie dokładnie mamy robić wykopaliska punktowe. Drugim miejscem, jakie chcemy zbadać nowymi metodami, tuż koło piramidy Dżesera (co do tego miejsca mam parę teorii, ale za żadne skarby świata nie zdradzę ich), jest platforma ceglana, która sama w sobie jest zabytkiem. I w tym przypadku metody geofizyczne pozwolą nam na sprawdzenie, co jest pod spodem, bez konieczności jej rozbierania.
– Nigdy chyba nie zabraknie pracy dla archeologów w Egipcie.
– W Egipcie nigdy nie nastąpią takie czasy, kiedy będzie można powiedzieć, że odkryło się już wszystko. I właśnie w związku z niesamowitym postępem techniki zmienia się też myślenie archeologów. W XIX wieku archeolog interesował się przede wszystkim świątyniami i grobowcami, a traktował je głównie jako źródło atrakcyjnych zabytków, które można zabrać i wywieźć do Luwru lub British Museum. Zresztą do niedawna niektóre wykopaliska były na to nastawione. Natomiast dzisiaj archeolog stawia sobie wszelkie możliwe pytania szerszej natury, dotyczące socjologii czy wręcz psychologii tamtych czasów, i do tego trzeba uwzględniać też innego rodzaju zabytki. Bardzo dużo można powiedzieć na podstawie ceramiki egipskiej, której właściwie nie badano jeszcze trzydzieści lat temu. O ile badania nad ceramiką starożytnej Grecji osiągnęły niesłychanie wysoki poziom i były niezwykle dokładne w datowaniu już sto lat temu, o tyle w Egipcie właściwie nie prowadzono żadnych badań nad ceramiką. Dopiero trzydzieści lat temu rozpoczęła się prawdziwa ceramologia starożytnego Egiptu i dopiero wtedy okazało się, na ile różnych pytań pozwala ona odpowiedzieć. Nam na podstawie właściwie przebadanego materiału ceramicznego z Sakkary udało się zrekonstruować przebieg uroczystości pogrzebowych dostojników z okresu Starego Państwa z dokładnością, jaka nie byłaby możliwa na podstawie tekstów z tego okresu (są tak nieliczne i tak źle zachowane, dotyczą tak fragmentarycznych spraw, że nie informują nas o przebiegu tych ceremonii). Tereny, które były badane już wcześniej, obecnie badane są pod tym kątem. Klasycznym przykładem jest misja francuska z początków XX wieku, która badała nekropolię w Abydos i odkryła tam szereg zabytków z okresu najwcześniejszego, ale jej metody badawcze dalekie były od naukowych. Dopiero niedawno misja niemiecka, która podjęła wykopaliska na tym samym terenie, odkryła wcześniejsze zabytki i okazało się, że przed I dynastią była wcześniejsza dynastia, którą nazwano dynastią zerową, żeby nie przesuwać całych okresów historii. To daje nam inne spojrzenie na całe rozdziały historii Egiptu. Jak długo człowiek będzie sobie stawiał pytania, tak długo będzie można prowadzić w Egipcie badania i zawsze odkryje się coś nowego.
– I wciąż można liczyć na wynalezienie nowej aparatury badawczej. – Może kiedyś będą takie wynalazki, że będzie można przyłożyć aparaturę do mumii i mumia coś zaśpiewa albo coś powie… Wydaje mi się, że gdyby mumia mogła mówić lub reagować, to przede wszystkim gdyby usłyszała, co my mówimy o starożytnym Egipcie, mogłaby dostać kolki i umrzeć ze śmiechu. Na pewno jest masa bzdur uważanych za prawdziwe, jak niektóre teorie i rekonstrukcje proponowane przez archeologów, z których część jest absolutnie absurdalna. Z tym zawsze trzeba się liczyć. – A czy kiedyś bał się pan „klątwy faraona”? – Nie, nie bardzo w nią wierzę. Jakkolwiek kilka wydarzeń w mojej karierze badawczej podpowiadałoby, że jednak coś w tym jest. Choć bywa, że w jakiś sposób siły niebieskie czy piekielne potrafią zsyłać nieszczęścia w momencie odkrywania czegoś i wystawiają na próbę cierpliwość, a czasem nawet zdrowie archeologów na szwank. Nie inaczej było przy odkrywaniu grobowca wezyra, który się uważa za największe odkrycie naszej misji w Sakkarze.
– To pan kierował zespołem, który odkrył ten grobowiec.
– Kiedy wybrałem to miejsce, wszyscy się dziwili, a później dziwili się jeszcze bardziej, że był tam tak wspaniały zabytek. Najpierw odsłoniliśmy ogromne zawalisko ceglane, które trzeba było bardzo powoli rozbierać. W momencie, kiedy zabraliśmy się do wyjmowania ostatniej cegły, za którą znajdowała się fasada grobowca, zerwała się tak potworna burza piaskowa, jakiej nie przeżywałem jeszcze w Egipcie, a jeżdżę tam już czterdzieści dwa lata. Jednocześnie zdarzyły się wszystkie nieszczęścia, jakie się mogły zdarzyć: piasek zasypał dosłownie wszystko to, co odkryliśmy, wiatr porwał w powietrze nasze dwa namioty i odsłonił całą naszą aparaturę, bardzo sofisticated, tak że przez następnych parę dni musieliśmy wszystko czyścić. Nasz samochód, który pojechał do wioski arabskiej po kosze wiklinowe do dalszej eksploracji, miał wypadek i został unieruchomiony na tydzień. Jednocześnie zjawiły się dwie wycieczki i zupełnie jakby nie widziały, co się dzieje dookoła, poprosiły, żeby im pokazać wykopaliska, więc połykając tony piasku, musiałem je oprowadzać… Następnego dnia już było śliczne słońce i po przyjeździe, kiedy wyjęliśmy tę ostatnią cegłę, zobaczyliśmy wspaniały, pięknie rzeźbiony i jeszcze piękniej polichromowany relief z okresu Starego Państwa. I to było właśnie wejście do świetnie zachowanego grobowca wezyra. Innym razem robotnicy uzbrojeni w motyki rzucili się z krzykiem w moim kierunku i ledwie zdążyli dobiec, żeby zatłuc kobrę koloru piasku podnoszącą właśnie łeb, żeby mnie ukąsić. Czy to jest klątwa, nie wiem, ale może jakieś ostrzeżenie. – Czyli praca archeologa nie jest łatwa? – Czasami to jest ciężka praca fizyczna, zdarza się, że musimy schodzić nawet do dwudziestu metrów po drabinkach sznurowych, tylko w ten sposób możemy eksplorować komory, które znajdują się na dnie szybów grobowych wykutych w skale. Co nie znaczy, że wszyscy archeolodzy to robią. Niektórzy są tak szalenie zafascynowani inskrypcjami wykutymi na ścianach kaplic kultu zmarłego, które są na poziomie ziemi, że zabierają się do następnej kaplicy, nie wyeksplorowawszy tego, co znajduje się w szybie grobowym. A to jest podstawowy błąd metodologiczny, właściwie kryminalny, również z punktu widzenia naukowego, bo zawartość szybu grobowego, a także rodzaj pochówku, ma podstawowe znaczenie dla zrozumienia inskrypcji, które znajdują się na ścianach. Sprawa metodologii jest bardzo ważna – zamiast pędzić za sensacją trzeba wykonać mozolną pracę dokończenia tego, co się już zaczęło, co na pewno nie przyniesie sensacji, ale jest bardzo ważnym uzupełnieniem naszej wiedzy. Praca archeologa uczy pokory. Mnie samemu bardzo to pomogło, bo z natury jestem porywczy. – A jak się pracuje z „tubylcami”? – Świetnie, chociaż różnie z różnymi warstwami społecznymi. Z robotnikami cudownie, to są moi najlepsi przyjaciele. Niesłychanie serdeczni, przeżywający razem z nami nasze odkrycia i stający na głowie, żeby nam pomóc. Już troszkę inaczej ma się sprawa współpracy z urzędnikami, z którymi mamy do czynienia. Może nie są tak bezinteresownie złośliwi jak niektórzy urzędnicy w Polsce, ale niektórzy bywają bardzo leniwi i zbyt wolno załatwiają różne sprawy. Złośliwość zaczyna się tam dopiero na znacznie wyższym szczeblu, kiedy dochodzi do głosu zazdrość o nasze odkrycia. Wymaga to od nas wiele dyplomacji, bo od urzędników stojących najwyżej zależą pozwolenia na nasze wykopaliska. Nie jesteśmy przecież u siebie, jesteśmy w obcym kraju, czasy kolonialne dawno się skończyły, więc musimy się ubiegać o przedłużenie koncesji i trzeba postępować bardzo dyplomatycznie z decydentami. Natomiast kiedy wyjeżdżam do Egiptu, zawsze cieszę się na następne spotkanie z robotnikami, bo to są ludzie fantastyczni. – Co egiptolog archeolog sądzi o książce Bolesława Prusa? – To jest wspaniała książka, do dzisiejszego dnia nic nie straciła na swojej aktualności, trzeba powiedzieć, że rzadko się zdarza, żeby pisarz tak dokładnie przebadał wszystkie dostępne w jego czasach źródła, jak zrobił to Prus. Zresztą nawet w przypisach cytuje on źródła naukowe. Na jego miejscu nie robiłbym tego, lecz starałbym się raczej zachować magię tej epoki – to jest czasów, kiedy Egipt po raz trzeci w swojej historii chylił się ku upadkowi. Prus opisał znakomicie polityczną rolę kapłanów. Ekranizacja „Faraona” nie tylko w Polsce jest uważana za znakomitą, nawet Egipcjanie uważają, że jest to najlepszy film, jaki stworzono o Egipcie faraonów. Zresztą w Sakkarze doczekałem się wizyty faraona – Jerzy Zelnik z żoną odwiedzili naszą misję. Siedziałem wtedy akurat w „ślepym” grobie, który wybudowano przed czterema tysiącami lat specjalnie po to, żeby odwrócić uwagę złodziei. – Czyli kradzieże zdarzały się od początku?

– Oczywiście, choć okradzenie takiego grobu było przedsięwzięciem bardzo pracochłonnym, wymagającym dużej inteligencji, szczególnie w przypadku grobów dostojników, których ciała złożono w sarkofagu umieszczonym na dnie szybu przysypanego piaskiem, głęboko pod ziemią. Złodzieje wiedzieli doskonale, z której strony szybu jest wyrzeźbiona komora, drążyli w wypełnisku specjalny kanał, którym dostawali się do niej, wyciągali z sarkofagu ciało zmarłego, okradali z biżuterii i nawet nie wkładali z powrotem do środka. Szkielet wezyra znaleźliśmy na wieku sarkofagu. Takie kradzieże zdarzały się nawet w bardzo krótkim czasie po śmierci dostojnika; złodzieje spieszyli się, bo mogła przyjść konkurencja. Są ślady, że groby okradano wielokrotnie w kolejnych epokach. – Dzisiaj też to się zdarza? – Dzisiaj to jest proceder powszechny, a rewolucja otworzyła mu szeroko bramy. W tej chwili w Egipcie prawie nie ma policji. Trudno zresztą dziwić się Egipcjanom, bo to jest bardzo biedny naród; jeżeli rewolucja o coś się potknie, to o ich biedę. Ci, którzy mają jakieś poletko, mogą uprawiać bób, który zastępuje mięso, ale są też tacy, co nie mają nic.

– Natomiast archeolog czasami trzyma w ręku prawdziwy skarb. – W Egipcie znalezienie jakiejś drogocennej rzeczy jest prawdziwym zmartwieniem, gdyż powoduje straszne problemy. Największym nieszczęściem jest znalezienie rzeczy złotych. Kiedyś na wykopaliskach w Tell Atrib znaleźliśmy przepiękny złoty kolczyk z III wieku przed naszą erą, to jest z okresu zaraz po Aleksandrze Wielkim. Kolczyk przedstawiał amorka trzymającego w jednej ręce maskę teatralną, a w drugiej paterę, zawieszonego na rozecie wykonanej techniką filigranu. Absolutne cudo, którego dokumentację na szczęście zdążyliśmy zrobić, zanim przechwyciła je nasza egipska inspektorka. Każda misja musi mieć swojego inspektora, zwykle bardzo dobrze wykształconego. I nasza inspektorka po prostu zgniotła ten kolczyk na płasko między palcami, żeby pasował do pudełka od zapałek, gdyż miała obowiązek zaniesienia tego przedmiotu do banku celem zważenia, o ile wzbogacił się skarbiec kraju. Jeśli wykopalibyśmy jakiś większy złoty skarb, natychmiast mielibyśmy połowę policji egipskiej na karku. Nie wiem, czy o tym marzę. – Ale mimo to ma pan marzenia, żeby odkryć coś szczególnego? – Staram się osłabić maksymalnie moje marzenia, bo myślę, że każde odkrycie jest ważne. W pewnym sensie jest to nawet kwestia pewnej pokory czy wręcz strachu. Jeśli coś sensacyjnego przychodzi mi do głowy, nigdy tego nie mówię. Zwykle i tak wychodzi coś innego. Jestem bardzo szczęśliwy, kiedy poznaję prawdę. Dla mnie nie ma większej satysfakcji niż poznać prawdę. To jest najwyższa zapłata za to, co robię.

KAROL MYŚLIWIEC, ur. 1943, prof. dr hab., archeolog starożytnego Egiptu, dyrektor Instytutu Kultur Śródziemnomorskich i Orientalnych PAN, kierownik polsko-egipskich wykopalisk w Sakkarze (Egipt), wykładowca na wielu uczelniach polskich i zagranicznych, członek Polskiej Akademii Nauk i Austriackiej Akademii Nauk, laureat Nagrody Fundacji na Rzecz Nauki Polskiej w 2005.

KLAUDIA IWANICKA, ukończyła Wydział Informacji Naukowej Uniwersytetu Warszawskiego. Mieszka w Warszawie.
 
Joomla SEO powered by JoomSEF